piątek, 26 lipca 2013

Ciekawostki ze słowackiego Martina

Właściwie dzisiaj byłaby kolej na relację z cmentarza, ale z pewnych względów postanowiłam zająć się przyjemniejszym temat. Na turystykę cmentarną jeszcze przyjdzie czas:) Rozpocznę jednak od nawiązania do tej tematyki. W rejonach kolejowo fabrycznych dostrzegłam napis "Smrť pente". Nie wiem, co znaczy "pente", w każdym razie zachwyca mnie słowo śmierć bez żadnej samogłoski w naszym polskim rozumieniu. Podziwiam Czechów i Słowaków, że nie mają większych problemów z wymówieniem słów takich jak "prst", "krk" itp.
Nie wiem, czy wspominałam tu już, ale ukradziono mi w Martinie telefon. Nie wiem, czy zrobił to ktoś z miejscowych czy osoba z zagranicy. W każdym razie nie tylko telefony tu giną, rowery też:) Takie ogłoszenie wisi na bramie wydziału medycznego:
Jeśli chodzi o dziwne nazwy, to zastanawia mnie budynek z napisem "Vons gym". Na siłownię albo coś takiego raczej nie wygląda, prędzej przypomina mi knajpę. Zagadkowego charakteru całości dodaje też orzeł, który kojarzy mi się z Niemcami. Za każdym razem, kiedy przechodziłam koło tego miejsca, zastanawiało mnie, o co chodzi. Raz widziałam trzech ubranych na wojskowo facetów zmierzających do tego przybytku. Na razie pozostanie dla mnie tajemnicą, co się tam mieści.
Druga nazwa, która mnie zastanawiała, to ulica imienia Červenej armády, czyli Armii Czerwonej. Nie wiem, czy to po prostu została stara tabliczka, czy rzeczywiście ulica dalej się tak nazywa. Może u nas było łatwiej ze zmianami, bo wystarczyło Czerwonej zmienić na Krajowej i gotowe. W każdym razie nawet farbę do pomalowania bloku wybrali chyba pod nazwę:)
Jeśli chodzi o kolory, to ogólnie mieszkańcy Martina lubią chyba zaszaleć. Jedno z osiedlowych centrów handlowych zostało pomalowane na wszystkie kolory tęczy. Od razu robi się weselej:)
Z takich pozytywnie zakręconych ciekawostek, to na jednej z głównych ulic Martina można znaleźć malutką postać przypominającą Włóczykija z Muminków, dryfującego w powietrzu na białej kamiennej chmurze.
Idąc wzdłuż rzeki trafiłam też na już nie dryfujący, raczej osiadły na mieliźnie wózek sklepowy. Jeśli ktoś myśli, że takie rzeczy to tylko w Polsce, to mogę pocieszyć, że jest w sporym błędzie.
Wrzucanie butów na linie energetyczne? To też nie tylko polski zwyczaj. W Martinie robią tak samo. Chyba, że to może niewychowani polscy turyści, kto wie:)
Tuż obok można było zobaczyć też pięknie skomponowaną martwą naturę. Zdezelowany wózek dziecięcy pod sosenką (strzelam, bo nie mam pojęcia, jaki to gatunek, a nie chcę napisać choinka:)).
Mam nawet dowody, że sprawa z butami, to mogło być dzieło polskich turystów, bo gościnni Słowacy przygotowali specjalnie dla nich tłumaczenie ogłoszenia o wolnych pokojach. Niestety właściciele skorzystali chyba z jakiegoś kiepskiego translatora, bo początkowo minęłam ten napis, nie zauważając, że jest coś po polsku. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że słowo "noclagi" jest skierowane chyba do polskich klientów.
Wracając do nazw ulic, zainteresowani mogą odwiedzić w Martinie ulicę Janosikową.
Ogólnie jeśli chodzi o słowacką numerację domów i bram, to prawie zawsze jest ona podwójna, z czego jeden z numerów jest bardzo wysoki, np. 8753. Zauważyłam to już podczas pobytu w Partizańskim. Podobno wynika to z tego, że ten niższy numer dotyczy ulicy np. Janosikowa 25. Ten drugi natomiast odnosi się do całego miasta, czyli np. że jest to osiem tysięcy siedemset pięćdziesiąty trzeci budynek w Martinie. Nie wiem, czy to prawda, nie sprawdzałam. W mniejszych miejscowościach jest chyba tak, że mają tylko ten jeden numer dla całego miasta. Dlatego trudno było mi zapamiętać mój adres w Partizańskim, bo nie było chyba podanej ulicy, sam numer w rodzaju 928, którego nijak nie mogłam wbić sobie do głowy.
Słowacja ma chyba najładniej położone markety. Idzie się na codzienne zakupy i jednocześnie można podziwiać piękne widoki.
Żeby nie było, że taki widok mają tylko klienci Lidla, w Tesco jest podobnie.
A na deser zachowałam coś, co mnie najbardziej urzekło.
Pewnie zastanawiacie się, co to jest? Otóż nic innego, jak wóz do przewozu gołębi pocztowych! Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam ani nawet nie wyobrażałam sobie, że takie coś w ogóle istnieje.
Gdyby ktoś był niespecjalnie mocny ze słowackiego, to powtarzające się wizerunki gołębi nie pozostawiają wątpliwości, co do przeznaczenia tego wehikułu.
Tylko dla tego widoku warto było tłuc się nocą pociągiem z Polski. Jedna z najlepszych niespodzianek, jakie spotkały mnie w trasie. Na dzisiaj to wszystkie ciekawostki, kilka pojawi się jeszcze w osobnym wpisie cmentarnym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz