Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legenda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Wieś Soce

Przedstawiam drugą część relacji fotograficznej ze wsi Soce w województwie podlaskim.
Jak już wspominałam, należy ona do Krainy Otwartych Okiennic, co widać od razu. Każdy dom ma przepięknie zdobione okna w różnych kolorach.
Miałam mało czasu, bo spieszyłam się na autobus powrotny do Białegostoku, więc udało mi się zobaczyć tylko połowę Soc. Drugą część zostawiłam sobie na kolejny pobyt na Podlasiu.
Tak czy siak zdążyłam w tym krótkim czasie zobaczyć parę ciekawostek. Między innymi drzwi donikąd:)
Można też nazwać je drzwiami w przepaść lub drzwiami prosto do szpitala, bo ktokolwiek przez nie by wyszedł, pewnie od razu wylądowałby w szpitalu z połamanymi nogami.
Chociaż domki się od siebie różnią, mają elementy wspólne i tworzą dzięki temu jedną wspólną całość.
Nie znalazłam dwóch identycznych budynków, zawsze jakiś szczegół jest inny. To nie to samo co osiedla z wielkiej płyty, gdzie każdy blok wygląda tak samo.
Wieś jest stara, więc niektórym domkom na pewno przydałby się remont.
Jestem ciekawa, jak przedstawiają się proporcje wśród mieszkańców Soc. Ile procent to rdzenna ludność żyjąca tu z dziada pradziada, a ile to ludność napływowa. Niektóre domki wyglądają na zadbane i współczesne, od miejskich willi odróżniają je tylko te charakterystyczne zdobienia. No i kury przechadzające się po betonowym podwórku:)
Wyczytałam gdzieś, że podobno ta gwara ukraińska, jaką mówią tutejsi ludzie, wypierana jest przez normalną polszczyznę. Szkoda, mam wielki sentyment do wszelkich gwar i języków, bardzo żałuję, że sama nigdy gwarą mówić nie będę, bo wychowałam się w takim regionie, gdzie dominuje oficjalny ogólnopolski język.
Brakuje mi takiej lokalnej tożsamości. I może dlatego próbuję go wypełnić poznając różne inne kultury. Bo nie mam własnej.
Może za kilkadziesiąt lub kilkaset lat w mojej małej ojczyźnie zbudujemy własną tożsamość, odrębną od innych regionów. Ale na razie musimy zadowolić się tym, co jest.
Na krańcu Soc, w pobliżu cerkwi, znajduje się dom jakiegoś artysty.
Wejście przystrojone jest brzozowymi rzeźbami.
Można zrobić z nich zespół muzyczny, bo oprócz gitarzysty jest też akordeonista:)
Na skraju wsi znajduje się niewielka cerkiew z zieloną kopułą.
Zastanawiam się, czy mieszkańcy mieszczą się wewnątrz w trakcie nabożeństwa, bo świątynia wydaje mi się tak niewielka, że mam co do tego poważne wątpliwości.
Podobnie malutka cerkiew znajduje się w moich okolicach w Sokołowsku.
W tym miejscu mogłam przejść do drugiej części wsi, bo składa się ona z dwóch głównych ulic. Ponoć mają one nawet swoje własne nazwy: Mokrany i Suchlany. Nie jestem pewna, ale byłam chyba w Mokranach, Suchlany odwiedzę może kolejnym razem.
Na obrzeżach Soc znajdują się krzyże, z którymi wiąże się miejscowa legenda, jakoby miały one wybawić tutejszych mieszkańców od zarazy.
Obok krzyży i kaplicy znajduje się droga na Puchły, ale nie miałam już czasu, żeby tam zajść. Zaczynało się ściemniać.
Puchły odwiedzę przy okazji kolejnej wizyty na Podlasiu. Wybrałam drogę powrotną do Trześcianki, skąd miałam autobus do Białegostoku.
Tak zakończyła się moja grudniowa wycieczka do Krainy Otwartych Okiennic, ale mam nadzieję, że jeszcze będę tam wracać.

piątek, 15 marca 2013

Ryga

Czas na relację z mojej nie do końca planowanej wizyty w Rydze. Już po raz drugi odwiedziłam łotewską stolicę, niestety zawsze były to krótkie wycieczki zimą. Przyjeżdżając do tego miasta można się poczuć prawie jak u nas, w Warszawie. A wszystko dzięki pamiątce, jaką pozostawili po sobie sowieci, bardzo podobnej do Pałacu Kultury i Nauki.
Ryga ma jednak też inne znane miejsca, o wiele ładniejsze. Np. niedawno odrestaurowany Dom Bractwa Czarnogłowych i stojący przed nim pomnik Rolanda.
Miałam szczęście, że trafiłyśmy akurat na w miarę dobrą pogodę, tzn. pierwszego dnia było dość szaro i pochmurno, ale drugiego dnia do spacerów po łotewskiej starówce zachęcało nas słońce i błękitne niebo.
Po raz drugi przechodziłam obok katedry, ale ani teraz ani wcześniej nie zdecydowałam się na wydanie 2 łatów za wstęp i zwiedzanie wnętrza. Łotewska waluta i ceny to zresztą zupełnie osobna kwestia. Najlepiej oddaje to zdziwienie, kiedy w kantorze przy wymianie 100 zł otrzymuje się niecałe 15 łatów. Być może katedra rzeczywiście jest piękna w środku, nie wiem, ale przy bardzo wysokich cenach na Łotwie, wolałam te 2 łaty spożytkować na coś innego.
Jednym z miejsc, które najbardziej mi się spodobało, a którego nie widziałam w trakcie mojej pierwszej wizyty był punkt widokowy (czy można to tak nazwać?) nad Dźwiną. Łotewska nazwa rzeki brzmi Daugava i zupełnie nie przypomina polskiej wersji.
Obok znajduje się figura św. Krzysztofa oraz krótka legenda o powstaniu Rygi związana z tym świętym.
Tuż nad brzegiem Dźwiny i św. Krzysztofem znajduje się żółty Zamek Ryski, wystarczy przejść przez ulicę.
Z mostu udało mi się zrobić ciekawe zdjęcia zamku, pękającej kry na Dźwinie, wież ryskich kościołów, mostu oraz wieży telewizyjnej.
Widząc z daleka promy, trafiłam też do ryskiego portu pasażerskiego (Rīgas Pasažieru osta), skąd odpływały. Niestety, pogoda zaczęła się już trochę psuć.
Zaskoczyło mnie trochę, że te promy są takie ogromne. Wiedziałam, że są duże, ale nie myślałam, że aż tak. Niestety ze względu na ograniczony budżet, nie skorzystałam z możliwości rejsu po Bałtyku (z ciekawości sprawdziłam teraz cenę rejsu tam i z powrotem na teraz do Sztokholmu - 170 łatów, pewnie da się tę cenę zbić kupując bilet wcześniej, posiadając odpowiednią kartę zniżkową itp., ale i tak sporo taka podróż kosztuje).
To była pierwsza część opisu moich wrażeń z Rygi. Za jakiś czas powinna pojawić się kolejna.