Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2014

Biblioteka Narodowa Białorusi w Mińsku

Krótko o jednej z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałam w Mińsku. Chodzi o niezwykły budynek państwowej biblioteki.
Forma zadziwia, bo biblioteki kojarzą mi się raczej ze statecznymi gmaszyskami w stylu klasycznym. Nie z takimi nowoczesnymi budowlami. A już tym bardziej nie w takim komunistycznym kraju jak Białoruś.
Przy wejściu znajduje się pomnik zasłużonego dla białoruskiej literatury Franciszka Skaryny.
Samo wejście do budynku też jest dość ciekawe.
Napis jest po białorusku, chociaż tak jak pisałam wcześniej, po białorusku mówi na co dzień tylko kilka procent Białorusinów.
Po obu stronach znajdują się płyty z inskrypcjami w wielu językach. Po lewej stronie znajduje się napis również w języku polskim: "Aby człowiek Boży był doskonały, ku wszelkiej sprawie dobrej wyćwiczony". To fragment z II Listu do Tymoteusza. To kolejny element zdziwienia. Niby Białoruś państwo silnie zrusyfikowane, zateizowane itp. A tu pomnik Skaryny, nazwa nad budynkiem po białorusku i do tego cytat z Biblii.
Biblioteka jest otoczona parkiem z fontannami.
Niewątpliwie to jedno z ładniejszych miejsc w Mińsku, można tu przyjść wypoczywać. Chociaż wydaje mi się, że jest dość daleko od centrum, bo jeśli dobrze pamiętam, to dojechałyśmy tu metrem z przesiadkami.
Chociaż trzeba uważać. Bo gdy usiadłyśmy sobie tam na moment na ławce, podeszła do nas trójka bardzo ciemnoskórych facetów w czarnych płaszczach. Trochę nas zamurowało i nie wiedziałyśmy czy zostać, czy uciekać. Okazało się, że chcieli oni sobie zrobić z nami zdjęcie. Któryś wyciągnął tablet i cyknął nam fotkę. Dowiedziałyśmy się, że są z Sudanu, jeśli dobrze pamiętam. Mam nadzieję, że nie wykorzystają tych zdjęciach w jakichś dziwnych celach, po prostu chcieli mieć pamiątkę z Mińska:)
Nasza przewodniczka opowiedziała nam, że na blokach, które znajdują się tuż przed biblioteką, rosły kiedyś na dachach ogrody. Niestety zmieniły się przepisy i władze zabroniły utrzymywania tam zieleni, wszystkie ogrody zlikwidowano. Zostały tylko dziwne konstrukcje na szczytach.
I nieaktualne hasła, przynajmniej w kontekście dachów.
Chociaż widać, że teren obok biblioteki się rozwija, po sąsiedzku powstaje nowy wieżowiec. Trzeba przyznać, że nie bez przeszkód, bo akurat gdy tamtędy przechodziłyśmy, mocniej zawiał wiatr i płyta zwisająca z dźwigu zaczęła się obijać o pozostałą część konstrukcji.
Jeśli ktoś zawita do Mińska, zdecydowanie polecam odwiedzenie okolic Białoruskiej Biblioteki Narodowej. Na zachętę dodam jeszcze, że na górze budynku znajduje się taras widokowy z którego można podziwiać panoramę miasta, my jednak nie skorzystałyśmy z niego, bo się nam śpieszyło.
Przeczytałam też w internecie, że cała bryła biblioteki jest pokryta ekranami, a po zmroku są na nich wyświetlana różne wizualizacje. Jak widać, my byłyśmy tam środku dnia, więc nie udało nam się tego zobaczyć. Może innym razem, kiedy trafię do Mińska na dłużej, zobaczę i taras widokowy, i wizualizacje.

środa, 2 lipca 2014

Mińska Starówka

Zdjęcia z najstarszej, zabytkowej części białoruskiej stolicy. Jak już wspominałam, Mińsk został w znacznej mierze zniszczony w czasie ostatniej wojny, dlatego ta zabytkowa część jest dość niewielka. Składa się z ratusza, kilku kościołów oraz kamieniczek na Troickim Przedmieściu. Z tego co wiem, to większość budynków została odbudowana z ruin po wojnie, niektóre dopiero w latach 90., więc ich zabytkowość ma coś wspólnego z warszawską Starówką, która także była odbudowana niemal od zera.
Stare Miasto w Mińsku to rejon, który zdecydowanie najbardziej podobał mi się w stolicy. Inne całkiem przyjemne okolice to biblioteka.
Na Starówce można spotkać największą liczbę turystów, ludzie chodzą i robią zdjęcia. To była właściwie jedyna część Mińska, w której nie bałam się robić zdjęć. Np. w metrze nie zrobiłam żadnego zdjęcia, za bardzo się bałam, na ulicach starałam się robić zdjęcia szybko i bez afiszowania się. Stąd słaba jakość, bo prawie wszystkie zdjęcia robiłam w biegu.
Wśród tłumu turystów kolejna osoba z aparatem nie rzucała się w oczy, więc pozwoliłam sobie na trochę więcej. Chociaż i tak fotki robiłam w pośpiechu, żeby nadążyć za grupą.
W samym centrum budynki są białe, zarówno ratusz, filharmonia, jak i kościoły.
Wydaje mi się, że Stare Miasto to główna, jeśli nie jedyna atrakcja Mińska, z której jego mieszkańcy są naprawdę dumni i chętnie pokazują swoim gościom.
Obok ratusza znajduje się mapa zrekonstruowanej mińskiej Starówki.
Ciekawą kwestią na Białorusi jest religia. Wcześniej byłam przekonana, że dominuje prawosławia. Jednak podczas jednego z obiadów rozmawialiśmy z Białorusinami na ten temat i okazało się, że chociaż procentowo rzeczywiście prawosławie jest w przewadze, to np. z okazji świąt wolne jest i w święta prawosławne, i w święta katolickie. I ponoć na ma na linii prawosławie-katolicyzm większych spięć. Często cerkiew sąsiaduje z kościołem. Jeden z Białorusinów, z którym rozmawialiśmy, mówił, że właściwie Białoruś powinna być grekokatolicka, on sam jest grekokatolikiem, ale w wyniku komuny i silnej rusyfikacji, wiele osób porzuciło dawną wiarę. W latach 90. do grekokatolicyzmu zaczęła powracać głównie inteligencja i młodzież.
Zdziwiło mnie, że jeden z kościołów, jak się później dowiedziałam cerkiew grekokatolicka, został odbudowany i zamieniony na filharmonię dziecięcą! W oknach zostały nawet witraże. Po pierwsze, myślałam, że czasy głębokiej komuny, kiedy w kościołach urządzano magazyny zboża już minęły. A po drugie, nie wiedziałam, że może istnieć coś takiego jak filharmonia dziecięca.
Niestety mieliśmy bardzo mało czasu, więc nie zdążyłam zajrzeć do wnętrza żadnego z mińskich kościołów lub byłych kościołów przerobionych na coś innego. Jestem ciekawa, jak wyglądają w środku.
Inna kwestia, która mnie zaskoczyła, to język. Myślałam, że wszystko będzie po rosyjsku, bo po białoruski rozmawia na co dzień zaledwie kilka procent Białorusinów. Okazało się jednak, że białoruski można dość często spotkać w przestrzeni publicznej, jest wiele napisów tylko po białorusku lub w obu językach. Fakt, że rzeczywiście mało kto mówi w tym języku, podczas całego dnia tylko jedna osoba odpowiedziała naszej gospodyni i przewodniczce po białorusku - młody kelner.
Myślę, że jeśli ktoś ma okazję, warto pojechać do Mińska, żeby zobaczyć to miasto na własne oczy. Ja bałam się tej podróży i moje obawy częściowo się potwierdziły, ale to bardziej ze względu na cel, w jakim tam jechałam. Wydaje mi się, że normalni turyści raczej nie mają się czego obawiać. Chociaż oczywiście radzę przestrzegać prawa, bo milicję, KGB i wojsko można spotkać na każdym kroku.
Lepiej mieć się na baczności i nie zadzierać z władzą. Co ciekawe, najbardziej bałam się przekraczania granicy, a okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Jadąc na Białoruś, przekraczałam granicę litewsko-białoruską i trwało to naprawdę chwilę. Nawet nie musieliśmy wysiadać z autokaru. Nikt nas o nic nie pytał. Było to chyba najszybsze przekraczanie granicy w moim życiu, a przekraczałam już granice polsko-rosyjską, estońsko-rosyjską i polsko-ukraińską.
Może po prostu mieliśmy szczęście, bo znajomi jechali pociągiem przez Brześć i ich podobno szczegółowo wypytywali gdzie i po co jadą. Nam się upiekło. Co prawda w drodze powrotnej już nie poszło tak szybko, bo autokar był wypełniony i musieliśmy bardzo długo czekać na granicy, wysiąść z autokaru i normalnie przejść odprawę. Pożegnanie nie było już tak miłe, bo w budynku kontroli granicznej strasznie śmierdziało moczem. Proponuję zadbać odpowiednim władzom o wizytówkę państwa, bo taki zapach na starcie odstraszy każdego.
Na drodze prowadzącej do przejścia były rozłożone maty nasączone substancją dezynfekującą, po której miały przejeżdżać samochody, by zabić wszelkie paskudztwo, które mogłoby zostać przeniesione przez granicę na oponach. Widziałam też jednego tirowca, który musiał wysiąść, żeby przejść butami po takiej macie. A nam nikt wysiadać i przechodzić nie kazał, więc dezynfekcja nie jest zbyt szczelna, bo jakbym chciała, to bym mogła przenieść jakiś afrykański pomór świń czy inną zarazę.
Wracając do architektury Mińska, jednym z najdziwniejszych budynków było coś na kształt zamku albo twierdzy.
W ogóle jeśli chodzi o bloki, których w Mińsku mnóstwo, to rzeczywiście jest ich spora rozmaitość. Jestem przyzwyczajona do polskich betonowych szarych płytowców, które w każdym mieście w Polsce wyglądają identycznie. A Mińsku jest sporo wieżowców, które czymś się odróżniają. Ale wciąż bloki pozostaną blokami.
Białoruska stolica pod wieloma względami mnie zadziwiła. Jeśli jeszcze będę miała kiedyś okazję, może wrócę tam na dłużej jako turystka.
Tak wygląda wspomniane już Przedmieście Troickie położone nad rzeką Świsłoczą.
Po rzece można popływać kajakami i rowerami wodnymi, ale my się nie zdecydowaliśmy ze względu na silny wiatr.
Przy ładnej pogodzie ta część miasta wygląda bardzo ładnie, idealnie nadaje się na spacery. Przypuszczam, że kiedy jest szaro i deszczowo, może tracić swój urok.
A tak wygląda z bliska blok, nazwany wcześniej przeze mnie zamko-twierdzą. Trzeba przyznać, że miał ktoś fantazję:)
U podnóża tej fortecy znajduje się niewielki zielony teren, nazywany Wyspą Łez. Na środku stoi kapliczka, niestety nie mieliśmy czasu odwiedzić wyspy, przyglądaliśmy się jej tylko z daleka.
Jeden dzień na zwiedzanie Mińska to trochę mało, zwłaszcza jeśli chce się zobaczyć jak najwięcej.
Kamieniczki na Troickim Przedmieściu zostały odbudowane, choć podobno nie od zera, a na podstawie pozostałości w różnym stanie.
Poszliśmy tu do jednej z knajp na żywe piwo, które kosztowało zawrotną sumę 18 tys. rubli, chociaż po przeliczeniu na złotówki wychodzi, że to ok. 5 zł, czyli nie tak źle. Ale liczenie w rublach mnie przeraża, nie jestem w stanie szybko tego przeliczyć na złotówki, zazwyczaj pomagali nam w tym Białorusini, oni wszystko automatycznie przeliczają na dolary albo euro.
Troickie Przedmieście wygląda jak większość europejskich starówek. Mnóstwo małych, pastelowych kamieniczek, w tym przypadku głównie w różnych odcieniach różu.
Słodko, momentami aż za słodko. Przedmieście jest bardzo malutkie, zobaczyliśmy ledwie kilka kamieniczek, parę podwórek i to już był koniec.
Niemniej jednak warto skierować tam swoje kroki, choćby po to, żeby odpocząć od widoku bloków z wielkiej płyty, których pełno dookoła.
Opisem Troickiego Przedmieścia dzisiaj zakończę. Na publikację czekają jeszcze zdjęcia niesamowitej mińskiej biblioteki oraz fotki z Rakowa.

czwartek, 12 czerwca 2014

Łotewski koncert

Nie wiem dlaczego, ale ostatnio przypomniałam sobie o pewnym koncercie. Jechaliśmy do Petersburga, ale po drodze mieliśmy przesiadkę w Rydze. Mieliśmy parę godzin do kolejnego autobusu, ale okropnie lało, więc nie bardzo dało się zwiedzać miasto. Koleżanka powiedziała, że nas zaprowadzi do fajnej knajpy. Nie mieliśmy nic lepszego do roboty, więc poszliśmy za nią.
Lało jak z cebra, my z bagażami wlekliśmy się ryskimi uliczkami. Nie mogliśmy znaleźć tej knajpy i nawet nawigacja w telefonie nam nie pomagała. Na niczym spełzły też próby wypytania Łotyszy o drogę, większość nie kojarzyła tego miejsca. Kręciliśmy się w kółko, zupełnie przemoczeni i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Wreszcie jakimś szczęśliwym trafem odnaleźliśmy tę knajpę. Nie pamiętam już nazwy, ale wystrój nawiązywał do takiej typowej komunałki - głównym elementem była meblościanka z książkami oraz artefaktami z epoko i portrety wodza na ścianie. Jak na drogę do Petersburga to w sam raz:) Zrobiłam parę zdjęć, gdyby ktoś tęsknił za takimi klimatami i chciał odnaleźć tę knajpę przy okazji wizyty w Rydze. Zajęliśmy wszystkie miejsca wokół wielkiego stołu, zamówiliśmy coś ciepłego do picia i próbowaliśmy chociaż trochę przeschnąć.
Nieoczekiwanie do knajpy zaczęli schodzić się młodzi ludzie. Przyszedł też ktoś z gitarą. Zaczął coś brzdąkać. Okazało się, że zupełnie przypadkiem trafiliśmy na koncert jakiegoś łotewskiego zespołu, bo po chwili dołączyła dziewczyna na wokalu. To była bardzo ciekawa atrakcja, chociaż prawie nic nie rozumiałam, może jedynie jakieś pojedyncze słowa. Mimo, że łotewski jest dość podobny do litewskiego, to moja znajomość litewskiego nie była w tym przypadku wystarczająca. Knajpa była nabita po brzegi, ludzie nie tylko siedzieli, ale też stali przy barze i każdym możliwym miejscu.
Niestety nie mogliśmy zostać do końca, bo śpieszyliśmy się na autobus. Postaraliśmy się jakoś chyłkiem opuścić lokal, żeby nie przeszkadzać w koncercie, chociaż nie do końca było to możliwe, bo kapela ustawiła się przy drzwiach. To było bardzo fajne doświadczenie, niestety nie pamiętam nazwy zespołu, więc nie mogę polecić. Nazwy knajpy też nie pamiętam, ale chyba nie ma zbyt wielu o takim wystroju, więc gdyby ktoś też chciał się załapać na darmowy występ, to może poszukać, może częściej się tam trafiają takie okazje. Nie mam też zupełnie pojęcia, dlaczego akurat teraz mi się ten koncert przypomniał, którejś nocy nie mogłam zasnąć i jakoś tak dziwnie stanęło mi przed oczami to błądzenie po wieczornej deszczowej Rydze.

sobota, 26 października 2013

Łyżki po prababci

Od jakiegoś czasu trochę już mi się przejadło wybieranie, dodawanie i opisywanie zdjęć. Zwłaszcza to ostatnie, gdy nic mądrego nie przychodzi do głowy, powtarza się ciągle to samo albo pisze jakieś bzdury. Dlatego dzisiaj dla odmiany historia bez zdjęć, jakich bywało już tu wiele. Zdjęcia nie zając, nie uciekną:) Kiedyś jeszcze przyjdzie na nie pora.

Podczas wymiany w Petersburgu, jeden z uczestników zaprosił nas do siebie do domu na obiad. Byłam tym dość zaskoczona, bo wynikło to nagle i niespodziewanie, a przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałam wcześniej. Stwierdziliśmy, że nie możemy odmówić i udaliśmy się metrem pod wskazany adres. Na ulicy czekał na nas Walerij. W tym miejscu może krótko go przedstawię. Jest bardzo miły i mądry, chociaż czasem sprawia wrażenie, jakby trochę nie ogarniał:) I ciekawostka - jest leworęczny tak jak ja:) Nie spodziewałam się wiele po tym obiedzie, myślałam, że skończy się raczej na herbacie i ciastkach, które kupiliśmy w sklepie po drodze.

Walerij zaprowadził nas do jednego z wielkich bloków z płyty, sama mieszkam w podobnym. Usiedliśmy przy dużym stole, który zajmował prawie całą niewielką kuchnię. Okazało się, że Walera przygotował dla nas prawdziwą ucztę. Na obiad był kotlet po kijowsku (w Petersburgu mówią na to kotlet po moskiewsku podobno). Ale na tym nie koniec. Na deser było ciasto z malinami (albo truskawkami, już nie pamiętam) w galaretce. A do tego ciasta gospodarz podał nam złocone łyżki. Walerij powiedział, że są po babci babci albo coś podobnego, ale na początku nie zrozumieliśmy. W dalszej rozmowie wyszło, że te łyżki są bardzo stare, on tej prababci czy nawet praprababci nie znał, wędrują one tak z pokolenia na pokolenie przekazywane jako rodzinna pamiątka. Co prawda mi osobiście bardzo niewygodnie się nią jadło (jakiś dziwny kształt miała, nie mogłam jej sobie dobrze ułożyć w dłoni), ale byłam pod wrażeniem, że dla prawie obcych ludzi wykłada na stół tak cenne rzeczy. Podobnie było zresztą z filiżankami, ich historii nie poznałam, ale też były bardzo ładne.

Wyszliśmy najedzeni po uszy, Walerij ugościł nas naprawdę po królewsku. Na pożegnanie podarował też każdemu z nas starą monetę z Leninem. Wszelkim uczulonym na komunistyczne symbole od razu wyjaśniam, że on po prostu zbiera monety i stwierdził pewnie, że ciekawsze dla nas będą te starsze, bo obecne ruble i tak przecież musieliśmy wymienić. Nie miało to nic wspólnego z propagandą.

Podsumowując, to było dla nas bardzo ciekawe doświadczenie. Gościliśmy w prawdziwym domu zwykłego mieszkańca petersburskiego blokowiska. To co innego niż hostel czy akademik. Mogliśmy też zjeść pyszny obiad. Wprawdzie kotlety przygotowała mama Walery, ale i tak bardzo się postarał. Przy stole dowiedzieliśmy się też wielu ciekawych rzeczy, to chyba właśnie wtedy usłyszałam, że w Newie normalnie łowią ryby i je jedzą. Tak na pierwszy rzut oka niewiele różnią się nasze obyczaje. Zaskoczył mnie trochę stół, który zajmował całą kuchnię, ja w kuchni w ogóle nie mam stołu, bo nie ma na to miejsca, jemy w dużym pokoju. No i te łyżki po prababci to też był trochę szok, bo ja nie mam w domu nic takiego. Może było coś jeszcze, ale już mi umknęło. Po obiedzie u Walerija spóźniliśmy się trochę na następny punkt programu naszego pobytu w Petersburgu, ale było warto:) W końcu nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek jakiś petersbużanin zaprosi nas do siebie do domu.

środa, 23 października 2013

Ciekawostki Petersburga

Zostało mi jeszcze trochę zdjęć, m.in. z metra czy Peterhofu, ale dzisiaj przejdę do mojego ulubionego, tradycyjnego już działu, czyli ciekawostek.

Na ulicach Petersburga stoją automaty z... parasolkami! Zaskoczył kogoś deszcz? Zepsuł się parasol? Nie ma problemu, wystarczy podejść do automatu 100, 200 albo 300 rubli (odpowiednio: 10, 20 i 30 zł) kupić to, czego nam potrzeba.
Wspominałam już kiedyś być może, w tych najbardziej turystycznych miejscach typu Ermitaż czy Peterhof można sobie zrobić zdjęcia z damami i kawalerami w historycznych strojach. Okazuje się, że nie tylko z damami i kawalerami można się sfotografować.
Prócz dzikiego ptactwa w stylu orlim czy sokolim (czy cokolwiek za gatunek to był), do fotek dzielnie pozowała również sowa.
A nawet dwie.
Tu mała uwaga techniczna. Zwykle staram się dodawać zdjęcia bez ludzi, ale przy tych zwierzętach był taki tłok, a moja grupa tak się śpieszyła, że nie bardzo dało się wyłapać moment bez ludzi. A nie skończyło się na ptactwie, bo była też małpka w kurtce zimowej.
Niedaleko naszego hostelu znajdowała się dziwna knajpa.
Nie byłam wewnątrz, może w środku wygląda normalnie. Ale te dwa sfinksopodobne posągi przy wejściu wyglądają strasznie. Ciała mają królicze, ale twarze ludzkie, do tego obroże na szyi.
Jeśli ktoś jest fanem komunistycznych pamiątek, w Petersburgu na pewno będzie miał co robić. Może odwiedzić słynny krążownik Aurora.
Może też zrobić sobie zdjęcie na placu Lenina lub pod jednym z kilku jego pomników.
Bywają też mniej rzucające się w oczy symbole dawnego ustroju.
Na szczęście w Petersburgu nie tylko takie ciekawostki można zobaczyć. Koło Twierdzy Pietropawłowskiej leży np. wielki rozpłaszczony królik albo zając, który wygląda, jakby tulił ziemię.
Na terenie twierdzy znajduje się też pomnik człowieka z nieproporcjonalnie małą głową w stosunku do reszty tułowia, nie miałam jednak czasu, aby podejść bliżej i dowiedzieć się, kto zacz, bo byliśmy już wtedy mocno spóźnieni.
Kolejne zaskoczenie to okręt Latający Holender. Z zewnątrz niby nic dziwnego, statek jak statek.
Ale po przyjrzeniu się bliżej (oczywiście na żywo, a nie na moim zdjęciu, na którym nic nie widać) można zauważyć w środku ludzi na różnych przyrządach sportowych. Wewnątrz mieści się bowiem jakiś fitness albo siłownia i salon piękności.
Natknąć można się było również na kilka ciekawostek językowych.
W uniwersyteckiej toalecie powieszono kartkę o treści mniej więcej takiej: "Niezależnie od postawionych celów i osiągniętych rezultatów, sprzątaj po sobie":)
Pozostając w temacie nieczystości, w wielu miejscach można spotkać jeszcze dawną nazwę Petersburga, czyli Leningrad. Jednym z takich miejsc są stare studzienki kanalizacyjne.
Tę konkretną studzienkę znalazłam tuż obok instytutu fizyki, który jako żywo przypomina mi wrocławski budynek instytutu historii, który nadaje się do rozbiórki, bo na remont już chyba za późno.
O reklamach słów kilka. Idąc ulicą, często mijaliśmy Pupę. A właściwie to nie wiem sama, jak powinno się to czytać, bo może to jednak Rira:) Choć Milano wskazuje raczej na Pupę:)
Wspominałam już chyba o reklamach Gazpromu z petersburskimi zabytkami, rozwieszonych w całym mieście, więc nie będę się powtarzać. Niektórych zainteresowała natomiast reklama prawdopodobnie jakiegoś alkoholu. Napis głosi coś w stylu: "Piątek będzie zgubą dla soboty", o ile dobrze rozumiem.
Ale największym hiciorem była reklama w metrze z człowiekiem, który miał palec zamiast głowy, a tle widać palmy. To reklama jakiegoś środka na grzybicę chyba. Nie wiem, co palą albo wciągają jej autorzy, ale chyba powinni zmienić dostawcę:)
Oprócz dziwnych króliczych sfinksów, o których pisałam już wcześniej, w Petersburgu można też zobaczyć inne, normalniejsze. Chociaż i tak nie wiem, co robią sfinksy nad Newą zamiast w Egipcie.
Co do samej Newy zaskoczyło mnie, że ludzie łowią w niej ryby. Rosjanie, którzy się nami zajmowali mówili nawet, że jest jakiś specjalny gatunek ryby, która żyje tylko w Newie, o ile dobrze pamiętam.
Jeśli chodzi o dziwne wydarzenia, to właśnie nad Newą mieliśmy okazję obserwować również nietypową akcję śmigłowca. Wyglądało to tak, jakby wylądował on na ulicy, ale nie wiem, czy tak było, bo byliśmy za daleko, na drugim brzegu rzeki. W każdym razie opuścił się bardzo nisko nad ziemię. Na zdjęciu widać bardzo słabo, helikopter to to czerwone coś pośrodku. Po chwili odleciał, więc nie mam pojęcia, co to mogło być, raczej nie wyglądało mi to na pogotowie lotnicze.
Spacerując wzdłuż Newy widzieliśmy też limuzyny. O ile pierwsza, biała, wygląda w miarę normalnie...
...o tyle druga to jakaś masakra. W ogóle nie podobają mi się limuzyny, ale ten czerwony Hummer to już zupełne przegięcie.
A muszę dodać, bo nie widać tego na zdjęciu, że stały one tuż obok siebie. Czyli pochodziły prawdopodobnie z jednego wesela. Może jakbym zobaczyła je osobno, to by mnie to tak nie poraziło, ale jak zobaczyłam je obie naraz, to już nie zniesłam:) Inna ciekawostka motoryzacyjna to autobusy-toalety.
Ten ze zdjęcia stał pod Ermitażem, i to za każdym razem, gdy tamtędy przechodziłam, nie wygląda więc na sprawę tymczasową. Nie odważyłam się wejść do środka, ciekawa jestem jakie rozwiązania techniczne zastosowano, bo jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić:)
I to by było na tyle na razie, jeśli chodzi o petersburskie ciekawostki.