Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2014

Mińska Starówka

Zdjęcia z najstarszej, zabytkowej części białoruskiej stolicy. Jak już wspominałam, Mińsk został w znacznej mierze zniszczony w czasie ostatniej wojny, dlatego ta zabytkowa część jest dość niewielka. Składa się z ratusza, kilku kościołów oraz kamieniczek na Troickim Przedmieściu. Z tego co wiem, to większość budynków została odbudowana z ruin po wojnie, niektóre dopiero w latach 90., więc ich zabytkowość ma coś wspólnego z warszawską Starówką, która także była odbudowana niemal od zera.
Stare Miasto w Mińsku to rejon, który zdecydowanie najbardziej podobał mi się w stolicy. Inne całkiem przyjemne okolice to biblioteka.
Na Starówce można spotkać największą liczbę turystów, ludzie chodzą i robią zdjęcia. To była właściwie jedyna część Mińska, w której nie bałam się robić zdjęć. Np. w metrze nie zrobiłam żadnego zdjęcia, za bardzo się bałam, na ulicach starałam się robić zdjęcia szybko i bez afiszowania się. Stąd słaba jakość, bo prawie wszystkie zdjęcia robiłam w biegu.
Wśród tłumu turystów kolejna osoba z aparatem nie rzucała się w oczy, więc pozwoliłam sobie na trochę więcej. Chociaż i tak fotki robiłam w pośpiechu, żeby nadążyć za grupą.
W samym centrum budynki są białe, zarówno ratusz, filharmonia, jak i kościoły.
Wydaje mi się, że Stare Miasto to główna, jeśli nie jedyna atrakcja Mińska, z której jego mieszkańcy są naprawdę dumni i chętnie pokazują swoim gościom.
Obok ratusza znajduje się mapa zrekonstruowanej mińskiej Starówki.
Ciekawą kwestią na Białorusi jest religia. Wcześniej byłam przekonana, że dominuje prawosławia. Jednak podczas jednego z obiadów rozmawialiśmy z Białorusinami na ten temat i okazało się, że chociaż procentowo rzeczywiście prawosławie jest w przewadze, to np. z okazji świąt wolne jest i w święta prawosławne, i w święta katolickie. I ponoć na ma na linii prawosławie-katolicyzm większych spięć. Często cerkiew sąsiaduje z kościołem. Jeden z Białorusinów, z którym rozmawialiśmy, mówił, że właściwie Białoruś powinna być grekokatolicka, on sam jest grekokatolikiem, ale w wyniku komuny i silnej rusyfikacji, wiele osób porzuciło dawną wiarę. W latach 90. do grekokatolicyzmu zaczęła powracać głównie inteligencja i młodzież.
Zdziwiło mnie, że jeden z kościołów, jak się później dowiedziałam cerkiew grekokatolicka, został odbudowany i zamieniony na filharmonię dziecięcą! W oknach zostały nawet witraże. Po pierwsze, myślałam, że czasy głębokiej komuny, kiedy w kościołach urządzano magazyny zboża już minęły. A po drugie, nie wiedziałam, że może istnieć coś takiego jak filharmonia dziecięca.
Niestety mieliśmy bardzo mało czasu, więc nie zdążyłam zajrzeć do wnętrza żadnego z mińskich kościołów lub byłych kościołów przerobionych na coś innego. Jestem ciekawa, jak wyglądają w środku.
Inna kwestia, która mnie zaskoczyła, to język. Myślałam, że wszystko będzie po rosyjsku, bo po białoruski rozmawia na co dzień zaledwie kilka procent Białorusinów. Okazało się jednak, że białoruski można dość często spotkać w przestrzeni publicznej, jest wiele napisów tylko po białorusku lub w obu językach. Fakt, że rzeczywiście mało kto mówi w tym języku, podczas całego dnia tylko jedna osoba odpowiedziała naszej gospodyni i przewodniczce po białorusku - młody kelner.
Myślę, że jeśli ktoś ma okazję, warto pojechać do Mińska, żeby zobaczyć to miasto na własne oczy. Ja bałam się tej podróży i moje obawy częściowo się potwierdziły, ale to bardziej ze względu na cel, w jakim tam jechałam. Wydaje mi się, że normalni turyści raczej nie mają się czego obawiać. Chociaż oczywiście radzę przestrzegać prawa, bo milicję, KGB i wojsko można spotkać na każdym kroku.
Lepiej mieć się na baczności i nie zadzierać z władzą. Co ciekawe, najbardziej bałam się przekraczania granicy, a okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Jadąc na Białoruś, przekraczałam granicę litewsko-białoruską i trwało to naprawdę chwilę. Nawet nie musieliśmy wysiadać z autokaru. Nikt nas o nic nie pytał. Było to chyba najszybsze przekraczanie granicy w moim życiu, a przekraczałam już granice polsko-rosyjską, estońsko-rosyjską i polsko-ukraińską.
Może po prostu mieliśmy szczęście, bo znajomi jechali pociągiem przez Brześć i ich podobno szczegółowo wypytywali gdzie i po co jadą. Nam się upiekło. Co prawda w drodze powrotnej już nie poszło tak szybko, bo autokar był wypełniony i musieliśmy bardzo długo czekać na granicy, wysiąść z autokaru i normalnie przejść odprawę. Pożegnanie nie było już tak miłe, bo w budynku kontroli granicznej strasznie śmierdziało moczem. Proponuję zadbać odpowiednim władzom o wizytówkę państwa, bo taki zapach na starcie odstraszy każdego.
Na drodze prowadzącej do przejścia były rozłożone maty nasączone substancją dezynfekującą, po której miały przejeżdżać samochody, by zabić wszelkie paskudztwo, które mogłoby zostać przeniesione przez granicę na oponach. Widziałam też jednego tirowca, który musiał wysiąść, żeby przejść butami po takiej macie. A nam nikt wysiadać i przechodzić nie kazał, więc dezynfekcja nie jest zbyt szczelna, bo jakbym chciała, to bym mogła przenieść jakiś afrykański pomór świń czy inną zarazę.
Wracając do architektury Mińska, jednym z najdziwniejszych budynków było coś na kształt zamku albo twierdzy.
W ogóle jeśli chodzi o bloki, których w Mińsku mnóstwo, to rzeczywiście jest ich spora rozmaitość. Jestem przyzwyczajona do polskich betonowych szarych płytowców, które w każdym mieście w Polsce wyglądają identycznie. A Mińsku jest sporo wieżowców, które czymś się odróżniają. Ale wciąż bloki pozostaną blokami.
Białoruska stolica pod wieloma względami mnie zadziwiła. Jeśli jeszcze będę miała kiedyś okazję, może wrócę tam na dłużej jako turystka.
Tak wygląda wspomniane już Przedmieście Troickie położone nad rzeką Świsłoczą.
Po rzece można popływać kajakami i rowerami wodnymi, ale my się nie zdecydowaliśmy ze względu na silny wiatr.
Przy ładnej pogodzie ta część miasta wygląda bardzo ładnie, idealnie nadaje się na spacery. Przypuszczam, że kiedy jest szaro i deszczowo, może tracić swój urok.
A tak wygląda z bliska blok, nazwany wcześniej przeze mnie zamko-twierdzą. Trzeba przyznać, że miał ktoś fantazję:)
U podnóża tej fortecy znajduje się niewielki zielony teren, nazywany Wyspą Łez. Na środku stoi kapliczka, niestety nie mieliśmy czasu odwiedzić wyspy, przyglądaliśmy się jej tylko z daleka.
Jeden dzień na zwiedzanie Mińska to trochę mało, zwłaszcza jeśli chce się zobaczyć jak najwięcej.
Kamieniczki na Troickim Przedmieściu zostały odbudowane, choć podobno nie od zera, a na podstawie pozostałości w różnym stanie.
Poszliśmy tu do jednej z knajp na żywe piwo, które kosztowało zawrotną sumę 18 tys. rubli, chociaż po przeliczeniu na złotówki wychodzi, że to ok. 5 zł, czyli nie tak źle. Ale liczenie w rublach mnie przeraża, nie jestem w stanie szybko tego przeliczyć na złotówki, zazwyczaj pomagali nam w tym Białorusini, oni wszystko automatycznie przeliczają na dolary albo euro.
Troickie Przedmieście wygląda jak większość europejskich starówek. Mnóstwo małych, pastelowych kamieniczek, w tym przypadku głównie w różnych odcieniach różu.
Słodko, momentami aż za słodko. Przedmieście jest bardzo malutkie, zobaczyliśmy ledwie kilka kamieniczek, parę podwórek i to już był koniec.
Niemniej jednak warto skierować tam swoje kroki, choćby po to, żeby odpocząć od widoku bloków z wielkiej płyty, których pełno dookoła.
Opisem Troickiego Przedmieścia dzisiaj zakończę. Na publikację czekają jeszcze zdjęcia niesamowitej mińskiej biblioteki oraz fotki z Rakowa.

niedziela, 9 lutego 2014

Zarzecze

Wracam do wileńskich relacji. Niewątpliwie jednym z moich najbardziej ukochanych miejsc w litewskiej stolicy jest Zarzecze, czyli Užupis.
To jedna z dzielnic Wilna, ale artyści proklamowali utworzenie tam państwa Republika Zarzecza, z własną konstytucją.
Tablice z tekstem konstytucji są nie tylko po litewsku, ale też w innych językach, w tym po polsku, a pierwszy punkt ustawy brzmi: Człowiek ma prawo mieszkać obok Wilenki, a Wilenka płynąć obok człowieka. Pozostałe również są utrzymane w tym tonie, np. Człowiek ma prawo umrzeć, lecz nie jest to jego obowiązkiem.
Co ciekawe będąc ostatnio w Wilnie zrobiłam zdjęcia tylko litewskim i polskim tablicom oraz tej, którą uznałam, za gruzińską, bo w tym czasie miałam właśnie lecieć do Gruzji. Nie poleciałam, ale za to spotkałam później zupełnie przypadkowo w Polsce Gruzina, o czym kiedyś już tutaj pisałam.
Zarzecze ma też swoją flagę. Białą z odbitą niebieską dłonią, tutaj w odrobinę innej formie, znajdującej się na ścianie z konstytucją.
Granicę dzielnicy wyznacza wspomniana już wcześniej rzeka Wilejka.
Tuż obok mostu znajduje się rzeźba syreny.
Niestety na Zarzeczu spędziłam tylko chwilę, więc nie zdążyłam uchwycić wszystkich ciekawostek, jakie się tam znajdują, koniecznie będę musiała jeszcze tam wrócić z aparatem.
Centralnym punktem dzielnicy jest rzeźba anioła.
Zarzecze było dzielnicą artystyczną, ulubionym miejscem lokalnej bohemy. Mieszkał tutaj m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński.
Jak wiadomo, artyści łatwego żywota nie mają, nie zawsze kończą szczęśliwie. Być może to właśnie im poświęcony jest płaskorzeźba z pijakiem na jednej z zarzeczańskich ścian.
W tej części Wilna byłam bardzo krótko, zaledwie kilkanaście minut i nie zdążyłam odwiedzić wszystkich ciekawych miejsc. Mam nadzieję, że następnym razem będę miała więcej czasu.
Odwiedzając Wilno koniecznie warto przespacerować się na Zarzecze, do niezwykłego miejsca, gdzie wszechobecny jest artystyczny duch. Kto raz tam zawędruje, zwykle już na zawsze zostaje w głębi duszy obywatelem Zarzecza. Przynajmniej tak jest w moim przypadku.

sobota, 9 listopada 2013

W pogoni za muflonami

Jeszcze kiedy chodziłam do szkoły dowiedziałam się, że w pobliskich lasach żyją muflony, dzikie owce sprowadzone z Korsyki kilkadziesiąt lat temu. Nigdy nie widziałam ich na żywo na wolności. Dowiedziałam się jednak, że kolega widział ostatnio całe stado i to już któryś raz w tym samym miejscu. Obiecał zaprowadzić tam mnie i koleżankę.

W sobotę rano z trudem spotkaliśmy się o 8 i ruszyliśmy w las. Przeszliśmy koło ruin zamku, a później zeszliśmy ze szlaku i kolega poprowadził nas po znanych sobie ścieżkach. W około godzinie marszu dotarliśmy na miejsce - skaliste urwisko. Niestety nie było tam ani jednego muflona. Najwidoczniej wybrały sobie akurat w tym momencie inne miejsce. Lekko zawiedzeni wróciliśmy inną drogą. Przy okazji stłukłam sobie kolano, na szczęście nie było to chyba nic poważnego, bo już przestaje boleć.

Tym razem muflonów nie było, ale znam już miejsce, gdzie można na nie trafić, więc może na następnej wyprawie bardziej mi się poszczęści. Dzikich owiec nie było, widziałam za to parę innych ciekawostek.

Pierwsza to kamienno-drewnanie schronienie z miejscem na ognisko. Nie wiem, czy ktoś to wybudował tylko po to, żeby przyjść i posiedzieć przy ogniu czasem, czy zamierza tutaj zamieszkać. Wygląda to całkiem porządnie.


Inna rzecz, która mnie zaciekawiła, to rysunek na jednym z drzew. Jestem przekonana, że gdzieś już coś podobnego widziałam, ale nie wiem gdzie. I nie wiem, co to oznacza. Jeśli miałabym strzelać, obstawiałabym jakieś słowiańskie symbole, może rodzimowiercy przeszli się do lasu i postanowili zaznaczyć swoją obecność. To by miało jakiś sens, bo normalnie graffiti widzi się raczej w miastach, a nie w środku lasu.


Chyba to drzewo dołączy do mojej kolekcji niewyjaśnionych zagadek. Może jeszcze gdzieś przypadkiem natknę się na podobny symbol i dowiem się, co to jest.

środa, 23 października 2013

Ciekawostki Petersburga

Zostało mi jeszcze trochę zdjęć, m.in. z metra czy Peterhofu, ale dzisiaj przejdę do mojego ulubionego, tradycyjnego już działu, czyli ciekawostek.

Na ulicach Petersburga stoją automaty z... parasolkami! Zaskoczył kogoś deszcz? Zepsuł się parasol? Nie ma problemu, wystarczy podejść do automatu 100, 200 albo 300 rubli (odpowiednio: 10, 20 i 30 zł) kupić to, czego nam potrzeba.
Wspominałam już kiedyś być może, w tych najbardziej turystycznych miejscach typu Ermitaż czy Peterhof można sobie zrobić zdjęcia z damami i kawalerami w historycznych strojach. Okazuje się, że nie tylko z damami i kawalerami można się sfotografować.
Prócz dzikiego ptactwa w stylu orlim czy sokolim (czy cokolwiek za gatunek to był), do fotek dzielnie pozowała również sowa.
A nawet dwie.
Tu mała uwaga techniczna. Zwykle staram się dodawać zdjęcia bez ludzi, ale przy tych zwierzętach był taki tłok, a moja grupa tak się śpieszyła, że nie bardzo dało się wyłapać moment bez ludzi. A nie skończyło się na ptactwie, bo była też małpka w kurtce zimowej.
Niedaleko naszego hostelu znajdowała się dziwna knajpa.
Nie byłam wewnątrz, może w środku wygląda normalnie. Ale te dwa sfinksopodobne posągi przy wejściu wyglądają strasznie. Ciała mają królicze, ale twarze ludzkie, do tego obroże na szyi.
Jeśli ktoś jest fanem komunistycznych pamiątek, w Petersburgu na pewno będzie miał co robić. Może odwiedzić słynny krążownik Aurora.
Może też zrobić sobie zdjęcie na placu Lenina lub pod jednym z kilku jego pomników.
Bywają też mniej rzucające się w oczy symbole dawnego ustroju.
Na szczęście w Petersburgu nie tylko takie ciekawostki można zobaczyć. Koło Twierdzy Pietropawłowskiej leży np. wielki rozpłaszczony królik albo zając, który wygląda, jakby tulił ziemię.
Na terenie twierdzy znajduje się też pomnik człowieka z nieproporcjonalnie małą głową w stosunku do reszty tułowia, nie miałam jednak czasu, aby podejść bliżej i dowiedzieć się, kto zacz, bo byliśmy już wtedy mocno spóźnieni.
Kolejne zaskoczenie to okręt Latający Holender. Z zewnątrz niby nic dziwnego, statek jak statek.
Ale po przyjrzeniu się bliżej (oczywiście na żywo, a nie na moim zdjęciu, na którym nic nie widać) można zauważyć w środku ludzi na różnych przyrządach sportowych. Wewnątrz mieści się bowiem jakiś fitness albo siłownia i salon piękności.
Natknąć można się było również na kilka ciekawostek językowych.
W uniwersyteckiej toalecie powieszono kartkę o treści mniej więcej takiej: "Niezależnie od postawionych celów i osiągniętych rezultatów, sprzątaj po sobie":)
Pozostając w temacie nieczystości, w wielu miejscach można spotkać jeszcze dawną nazwę Petersburga, czyli Leningrad. Jednym z takich miejsc są stare studzienki kanalizacyjne.
Tę konkretną studzienkę znalazłam tuż obok instytutu fizyki, który jako żywo przypomina mi wrocławski budynek instytutu historii, który nadaje się do rozbiórki, bo na remont już chyba za późno.
O reklamach słów kilka. Idąc ulicą, często mijaliśmy Pupę. A właściwie to nie wiem sama, jak powinno się to czytać, bo może to jednak Rira:) Choć Milano wskazuje raczej na Pupę:)
Wspominałam już chyba o reklamach Gazpromu z petersburskimi zabytkami, rozwieszonych w całym mieście, więc nie będę się powtarzać. Niektórych zainteresowała natomiast reklama prawdopodobnie jakiegoś alkoholu. Napis głosi coś w stylu: "Piątek będzie zgubą dla soboty", o ile dobrze rozumiem.
Ale największym hiciorem była reklama w metrze z człowiekiem, który miał palec zamiast głowy, a tle widać palmy. To reklama jakiegoś środka na grzybicę chyba. Nie wiem, co palą albo wciągają jej autorzy, ale chyba powinni zmienić dostawcę:)
Oprócz dziwnych króliczych sfinksów, o których pisałam już wcześniej, w Petersburgu można też zobaczyć inne, normalniejsze. Chociaż i tak nie wiem, co robią sfinksy nad Newą zamiast w Egipcie.
Co do samej Newy zaskoczyło mnie, że ludzie łowią w niej ryby. Rosjanie, którzy się nami zajmowali mówili nawet, że jest jakiś specjalny gatunek ryby, która żyje tylko w Newie, o ile dobrze pamiętam.
Jeśli chodzi o dziwne wydarzenia, to właśnie nad Newą mieliśmy okazję obserwować również nietypową akcję śmigłowca. Wyglądało to tak, jakby wylądował on na ulicy, ale nie wiem, czy tak było, bo byliśmy za daleko, na drugim brzegu rzeki. W każdym razie opuścił się bardzo nisko nad ziemię. Na zdjęciu widać bardzo słabo, helikopter to to czerwone coś pośrodku. Po chwili odleciał, więc nie mam pojęcia, co to mogło być, raczej nie wyglądało mi to na pogotowie lotnicze.
Spacerując wzdłuż Newy widzieliśmy też limuzyny. O ile pierwsza, biała, wygląda w miarę normalnie...
...o tyle druga to jakaś masakra. W ogóle nie podobają mi się limuzyny, ale ten czerwony Hummer to już zupełne przegięcie.
A muszę dodać, bo nie widać tego na zdjęciu, że stały one tuż obok siebie. Czyli pochodziły prawdopodobnie z jednego wesela. Może jakbym zobaczyła je osobno, to by mnie to tak nie poraziło, ale jak zobaczyłam je obie naraz, to już nie zniesłam:) Inna ciekawostka motoryzacyjna to autobusy-toalety.
Ten ze zdjęcia stał pod Ermitażem, i to za każdym razem, gdy tamtędy przechodziłam, nie wygląda więc na sprawę tymczasową. Nie odważyłam się wejść do środka, ciekawa jestem jakie rozwiązania techniczne zastosowano, bo jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić:)
I to by było na tyle na razie, jeśli chodzi o petersburskie ciekawostki.