Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

Ermitaż

Dzisiaj kilka zdjęć Ermitażu, ogromnego muzeum mieszczącego się w Pałacu Zimowym tuż nad brzegiem Newy.
Przed wejściem do muzeum znajduje się Kolumna Aleksandrowska. Przeczytałam teraz w Wikipedii, że jest to podobno największa kolumna na świecie.
Na plac można dostać się kilkoma drogami. Jedna z nich prowadzi pod rzeźbionymi łukami.
W tym przejściu stoją zwykle kramy z pamiątkami.
Podczas jednego z nocnych spacerów widziałam w tym miejscu również grupę konnych. Nie wiem, czy to kolejny rodzaj atrakcji dla turystów czy po prostu ktoś sobie przyjechał tam konno.
Za dnia można pod Ermitażem spotkać panią przebraną w historyczny strój z epoki. Podobną parę widziałam też w Peterhofie oraz kilku innych miejscach.
Jedną z rzeczy, którą zauważyłam od razu po przyjeździe, była wszechobecna policja. Już na dworcu było kilku funkcjonariuszy z psem, którzy pilnowali ludzi przechodzących przez bramkę z wykrywaczem metalu. Co prawda nawet gdy bramka piszczała, panowie nie reagowali, ale mimo wszystko ich obecność wywoływała we mnie lęk, bo przypominałam sobie o różnych zamachach, jakie miały w Rosji miejsce. Policjantów widziałam też na różnych stacjach metra, przy różnych zabytkach, i jak widać, również przy Ermitażu.
Tak wygląda samo wejście do muzeum wraz z kolorowym tłumem kłębiących się turystów z całego świata.
Wspomniane już wcześniej łukowate przejście jest częścią wielkiego żółtego pałacu, który również łukiem otacza plac i kolumnę.
Na dziedzińcu ustawiały się długie kolejki. Studenci mają darmowe wejście do muzeum, więc na szczęście nie musieliśmy płacić za bilety.
Najbardziej spodobało mi się drzewo o pożółkłych już jesiennych liściach. Idealnie wpasowało się w zielono-złoty kolor Ermitażu.
Na koniec jeszcze jedna z reklam, które wiszą w całym mieście, informująca o aktualnych wystawach i stałych ekspozycjach. A trzeba przyznać, że jest co oglądać w Ermitażu, można tam znaleźć dzieła wszystkich sławnych artystów, jak Rembrandt, Monet, Rubens, Picasso itp. 
Jeśli ktoś ma kilka godzin, to warto zajść do muzeum, każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Obrazy i rzeźby są zgromadzone na tak ogromnej przestrzeni, że nawet pół dnia nie wystarczy, żeby zobaczyć wszystko dokładnie. Wizytę najlepiej rozplanować na kilka razy lub ewentualnie można dokonać selekcji i pominąć mniej interesujące kogoś sale. 

niedziela, 6 października 2013

Dachy Petersburga

Byłam ostatnio na wymianie studenckiej w Petersburgu, wkrótce pewnie pojawi się tu kilka historii stamtąd. Pierwszego dnia naszego pobytu rosyjscy przyjaciele zabrali nas na wyprawę po dachach miasta.
Niestety pogoda nie była najlepsza, mocno wiało i kropiło od czasu do czasu.
Widok z góry robił wrażenie, chociaż później przekonałam się, że są w mieście inne punkty, z których można zobaczyć o wiele więcej.
Budynek, na który weszliśmy, otoczony jest innymi domami, więc właśnie głównie inne kamienice i ich dachy mogliśmy stamtąd podziwiać.
Trzeba było uważać i patrzeć pod nogi, bo dach mokry po deszczu bywał dość zdradliwy, łatwo było się poślizgnąć.
Zapewne zupełnie inaczej to miejsce wygląda latem, kiedy wszystko skąpane jest w słońcu. Chociaż z drugiej strony czarny dach pewnie szybko się nagrzewa i nie można tam długo wysiedzieć.
Najciekawszy był widok w dół na kanał, którym pływały małe statki wycieczkowe.
Można też było zobaczyć z góry most.
Interesujący był dla mnie fakt, że tuż obok drogi wodnej, którą poruszają się statki, równolegle biegnie normalna droga dla samochodów.
Oprócz wspinaczki na dach wycieczka obejmowała również wnętrza różnych kamienic i podwórka.
Niektóre budynki z zewnątrz były obdrapane i zupełnie nieciekawe, ale w środku kryły liczne zdobienia albo zabytkowe windy. Bez przewodnika pewnie nigdy byśmy tam sami nie trafili. Trzeba wiedzieć, gdzie się takie skarby kryją. Niestety nie robiłam zdjęć, bo w większości przypadków na tych klatkach schodowych panowały ciemności, więc zdjęcia wyszłyby beznadziejnie. Poza tym byli tam lepsi fotografowie:)
Na koniec wspomnę o kosztach tej naszej wyprawy. Płaciliśmy 200 rubli od każdego, czyli w przeliczeniu mniej więcej ok. 20 zł. Nie wiem, czy cena jest adekwatna, bo niektóre z tych miejsc pewnie rzeczywiście byłyby dla nas trudno osiągalne. Ale np. już podwórko przy muzeum Rimskiego-Korsakowa pewnie moglibyśmy znaleźć sami, gdybyśmy byli zainteresowani. Tak czy siak, wydaje mi się, że takie oprowadzanie turystów spragnionych wrażeń to niezły interes:)

środa, 24 lipca 2013

Centrum Martina

W dzisiejszej notce zdjęcia z najważniejszej części miasta, przedstawiające najciekawsze i najładniejsze budynki i kamienice.
Większość z nich jest siedzibami różnych instytucji, często można zauważyć herby państwowe lub powiewające na wietrze słowackie flagi.
Flagi można zauważyć nie tylko na państwowych budynkach, ale też w oknach zwykłych mieszkań, również na blokowiskach.
Jednocześnie można też zobaczyć też elementy zupełnie współczesne, np. coś w rodzaju graffiti na całkiem ładnej kamienicy, możliwe, że niedawno po remoncie. Trudno powiedzieć, czy te ludzkie sylwetki to zaplanowana akcja za zgodą właściciela domu czy samowolka ulicznych artystów.
Na głównym miejskim placu znajduje się fontanna z napisem Martin, powstała chyba w ostatnich latach.
Tak fontanna wygląda z drugiej strony. Myślałam, że te pionowe strużki to tylko spływająca woda, ale gdy podeszłam bliżej okazało się, że to metalowe pręty, po których ścieka niewielka ilość wody. Trudno to zauważyć, bo pokryły się nalotem, prawdopodobnie kamieniem, takim jaki pojawia się w czajnikach. 
Cały plac wydaje się być świeżo po remoncie. Sprawia wrażenie dość zadbanego. Można przysiąść sobie na ławce i odpocząć, ciesząc oko ładnym widokiem.
Niedaleko fontanny swoją siedzibę ma teatr. Po kilku wizytach w Czechach i Słowacji przyzwyczaiłam się już do tej nazwy, ale niektórych Polaków może dziwić lub śmieszyć "Slovenské komorné divadlo".
Budynek teatru ma całkiem interesującą formę, zwraca na siebie uwagę.
Sąsiaduje z nim intensywnie żółta kamienica z czerwono-brunatnym napisem "Národný dom Martin" i dwoma kamiennymi figurami przy wejściu.
Plac z fontanną i teatrem wygląda dość dziwnie ze względu na nowoczesne elementy, które moim zdaniem nie do końca komponują się ze starymi kamienicami. Nie wiem, jaką funkcję pełnią te zielonkawe kolumny i ta przeszklona bryła ze schodami, ale mi one w tym miejscu zupełnie nie pasują.
Uważam, że miasto powinno podkreślać raczej swoją długą historię. Podobały mi się np. napisy, raczej stylizowane na wiekowe niż naprawdę stare.
Najważniejsze, że wpadają w oko i dzięki nim łatwiej było mi odnaleźć drogę. Nie potrzebowałam mapy, bo widząc te napisy, od razu orientowałam się, gdzie jestem. Pomogło mi to zwłaszcza, gdy musiałam szybko dostać się na dworzec.
Ładnych, zdobionych budynków jest w Martinie całkiem sporo. Większość z nich została niedawno odnowiona.
Niektóre jeszcze czekają na remont.
Inne mają się dobrze, wystarczy zerknąć chociażby na restaurację "Česká hospoda". Swoją drogą, trochę mnie zdziwiło, że Słowacy mają u siebie zapotrzebowanie na czeską knajpę. Przecież nie mają do granicy tak daleko, poza tym właściwie u siebie mają prawie wszystko to samo, co w Czechach. Takie samo piwo, smażony ser, słodycze czy Kofolę można kupić w obu państwach. Nie zauważyłam większych różnic. No może słowackie haluszki nie są tak dostępne po czeskiej stronie, a Słowacy jedzą mniej knedlików.
W niektórych obiektach prace remontowe jeszcze się nie skończyły. Budynek Słowackiego Muzeum Narodowego w Martinie otoczony jest jeszcze kopcami piasku. Niestety nie widać tego na zdjęciu, ale po prawej stronie było w ścianę wmurowane popiersie Andreja Kmeťa, jeśli dobrze pamiętam. Przykryte jeszcze folią i czekające prawdopodobnie na oficjalne otwarcie.
Oprócz tych bardziej zabytkowych miejsc, jest w Martinie wiele nowych, współczesnych konstrukcji. Przede wszystkim centrów handlowych lub firm.
Ja wolę jednak tradycyjne budynki, które zwykle są niepowtarzalne i mają swój urok. Teraz już nie dba się tak bardzo o szczegóły.
Spodobała mi się zwłaszcza siedziba polikliniki, ukryta za ogrodzeniem i otoczona zielenią. Przydałoby się jej jednak malowanie, bo farba już się łuszczy i odpada. To chyba sanatorium dla dzieci, jeśli dobrze zrozumiałam.
Na teraz to tyle, pozostałe zdjęcia pojawią się tu w kolejnych dniach.

środa, 20 marca 2013

Dzielnica ambasad w Rydze

Nowością w Rydze był dla mnie także spacer po dzielnicy ambasad. Miejsce to zostało wybrane do tego celu nieprzypadkowo, ponieważ kamienice, w których mieszczą się siedziby poszczególnych krajów, są bardzo reprezentacyjne.
 Przechodziłam m.in. obok ambasady Grecji.
W pobliżu znajduje się też rezydencja ambasadora Chin.
Często w jednym budynku sąsiaduje ze sobą kilka krajów, np. ambasada hiszpańska mieści się tuż obok ambasady Uzbekistanu.
Z kolei ambasada czeska mieści się w zupełnie innym budynku, wszędzie jest mnóstwo kamer i budynek sprawia na mnie wrażenie małej, oblężonej twierdzy. Może to kwestia gustu, ale nie podoba mi się.
Tak wygląda jedna z najładniejszych kamienic w Rydze, niestety moje nieudolne zdjęcie nie oddaje w pełni jej uroku. Bardzo podoba mi się to połączenie niebieskiego i białego oraz te wszystkie drobne zdobienia. Akurat tutaj chyba nie mieściła się żadna ambasada.
Oprócz poselstw innych krajów w tej dzielnicy znajduje się również fragment muru berlińskiego z napisami po łotewsku i rosyjsku. Część pomnika przysypał śnieg, więc nie wszystko było dobrze widoczne.
Niektóre kamienice są ozdobione także łacińskimi sentencjami np. "Laborem in victoria nemo sentit". Wprawdzie znam wszystkie te słowa z różnych języków, ale trudno mi to zdanie przetłumaczyć. Rosyjskie strony internetowe tłumaczą to mniej więcej jako "Zwycięzcy nie czują trudu pracy". Na jednej z angielskich stron znalazłam tłumaczenie "Zwycięzcy nie mają problemów". Wydaje mi się, że wersja rosyjska jest bliżej prawdy.
Przy jednej z restauracji stoi wielka drewniana zielona żaba na pieńku. Niestety nie znam łotewskiego na tyle, żeby wiedzieć, co ona tam robi, tzn. czy ma np. jakiś związek z nazwą tego lokalu itp. Ale na pewno przyciąga uwagę i jest kolejną atrakcją turystyczną:)
Trochę się śmiałam, kiedy znajoma oprowadzając mnie po Bratysławie, pokazała nam synagogę z kartonu czy czegoś podobnego (to tymczasowa makieta na miejscu dawnej synagogi). Ale okazuje się, że podobny trend ogarnął już resztę Europy. W Rydze też można zobaczyć okna w podobnym stylu:)
Zwiedzanie ryskiej dzielnicy ambasad zakończyłam przy budynku z turecką flagą (właściwie to zupełnie przypadkowo od ambasady tureckiej w Wilnie rozpoczęło się moje zamiłowanie do fotografowania tych obiektów:))
Naprzeciw znajduje się muzeum, będące obecnie w remoncie.
To była druga część mojej relacji z pobytu w łotewskiej stolicy. Być może pojawi się kolejna, a jeśli nie, to na pewno pojawi się opis Tallina.