Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 lipca 2014

Przesyłki konduktorskie po białorusku i niespełniona obietnica

Nie pamiętam, czy wspominałam już, ale jadąc na Białoruś, teoretycznie kupiłam bilet bezpośredni, a w praktyce miałam przesiadkę w Wilnie. Tzn. podczas kupowania biletów wyświetlało się tylko Warszawa-Mińsk, a dopiero kiedy je kupiłam i przyszły do mnie na maila, okazało się, że w obie strony mam przesiadkę w litewskiej stolicy. Kocham Wilno i nawet ucieszyłam się z takiej niespodzianki, ale inni pasażerowie mogli nie być tym zachwyceni.

Wracając do sedna, pociągiem dotoczyłam się do Warszawy Zachodniej, gdzie umówiłam się z koleżanką, która miała jechać tym samym autobusem. Gdy zbliżała się godzina odjazdu, udałyśmy się na wyznaczony peron, aby przypadkiem nie przeoczyć naszego środka lokomocji. Ogólnie rozmawiałyśmy ze sobą po polsku, chociaż nie wiem, czy w tym konkretnym momencie coś mówiłyśmy do siebie. Oprócz nas na peronie czekało wielu innych pasażerów.

W pewnej chwili podszedł do nas jakiś facet z rodziną, chyba żoną i małym dzieckiem. Zagadał do nas po rosyjsku, czy jedziemy do Mińska. Odpowiedziałam moim okropnym rosyjskim, że tak, ale przez Wilno. Facet się tym nie przejął, stwierdził, że to nieważne. Zapytał, czy przekażemy dokumenty z pozwoleniem na pracę jego znajomemu w Mińsku, który da nam 10 euro.

Nie zdziwiło mnie to jakoś bardzo, bo kiedyś już coś podobnego robiłam w polskim pociągu, jakiś facet poprosił mnie na dworcu, żebym przekazała jego znajomemu jakieś dokumenty, bo konduktorka nie chciała od niego przyjąć przesyłki konduktorskiej. Teraz też odruchowo chciałam się zgodzić, chociaż zaczęłam się zastanawiać, jak to będzie na granicy, czy nie narobię sobie przez to problemów. Kto wie, jak białoruscy pogranicznicy mogą zareagować na coś takiego, może to zabronione? I kto wie, co to za ludzie, może dadzą mi tam później na miejscu w łeb? Albo może to nie są jakieś zwykłe dokumenty tylko jakiś przemyt? No i do tego to 10 euro, co ja niby miałam później z nim zrobić? Komu przekazać? Przecież nie planowałam od razu powrotu do Warszawy tylko miałam zostać na Białorusi jeszcze ponad tydzień. 

Gdy tak kłębiły się w mojej głowie tego typu myśli, żona faceta uświadomiła go, że jesteśmy Polkami. A on jeszcze raz powtórzył nam to samo, bo myślał, że może nie zrozumiałyśmy po rosyjsku. Swoją drogą nie wiem, jak mógł nie zauważyć, że jesteśmy z Polski, przecież to u mnie od razu słychać. Zapytałam go, co mamy zrobić z tymi pieniędzmi, bo nie wracamy od razu do Polski i nie będziemy mogły mu ich oddać. Ani przekazać ich komuś innemu w Mińsku, bo będziemy tam tylko jeden dzień i nie będziemy miały czasu na takie rzeczy. Facet stwierdził, że to 10 euro od tamtego faceta z Mińska to będzie dla nas za przewiezienie dokumentów. Pokazał nam papiery, gdzie był zapisany numer telefonu do tego człowieka.

Widziałam, że naprawdę mu na tym zależy, nie wyglądał na jakiegoś oszusta ani przemytnika. Postanowiłam przekazać te papiery. Tym bardziej, że bardzo możliwe, że w podobny sposób przesyłkami konduktorskimi podróżował mój paszport do białoruskiego konsulatu, żeby zdobyć wizę. Facet wziął ode mnie numer telefonu i podał mi swój, jednocześnie bardzo dziękując, że się zgodziłyśmy. Później napisał jeszcze do mnie sms z podziękowaniem.

Nazajutrz o godzinie 10 miałyśmy być w Mińsku. Gdy byłyśmy jeszcze daleko przed, zadzwonił do mnie ten człowiek z Mińska. Wahałam się czy odebrać, bo przypuszczam, że za tę rozmowę mógł zapłacić fortunę. Ale stwierdziłam, że może się coś stało albo nastąpiły jakieś zmiany i lepiej odebrać. Chciał się tylko upewnić czy jedziemy i o której będziemy w Mińsku. Powiedziałam, że o 10. Rozmowa się za bardzo nie kleiła, bo po pierwsze słabo słyszałam w autobusie, a po drugie pierwszy raz w życiu rozmawiałam przez telefon po rosyjsku i to do tego z jakimś obcym facetem.

Gdy już dojeżdżałyśmy do Mińska, zadzwonił jeszcze raz, ale spałam i nie zdążyłam odebrać. Napisałam mu sms, bo tak łatwiej mi zebrać myśli. Niestety wyskoczył jakiś błąd, więc nie wiem, czy go odebrał. Za jakiś czas zadzwonił ponownie, powiedziałam, że już jesteśmy w Mińsku i na którym dworcu wysiadamy.

Wysiadłyśmy na dworcu centralnym przy Babrujskiej. Szukałam wzrokiem jakiegoś faceta, który by na kogoś czekał, ale nikogo nie było. Fakt, przyjechałyśmy trochę przed czasem, ale przez telefon mówił, że będzie tam na nas czekał. Minuty upływały, a dalej nikt się nie pojawiał. Napisałam mu sms, na którym peronie stoimy. Specjalnie nawet wyjęłam z plecaka żółtą rzucającą się w oczy teczkę, żeby łatwiej było mnie zauważyć. Po ok. kwadransie przyszły po nas dziewczyny, które miały nas z dworca odebrać - Białorusinka, u której miałyśmy spać i Ukrainka, którą poznałyśmy w Tatarowie i która jechała z nami na warsztaty. Nie mając lepszego pomysłu, co zrobić, podałam Białorusince nr telefonu do tego faceta i poprosiłam, żeby się z nim jakoś dogadała. Niestety nie odbierał.

Po jakimś czasie wreszcie odebrał i okazało się, że zaparkował tuż obok nas, tylko że za jakąś ścianą, tak że nie do końca było nas widać. Nie wiem, czy dopiero przyjechał, czy może cały czas tam czekał. Był to młody chłopak, wziął dokumenty i już chciał wracać do samochodu, ale w ostatniej chwili zaproponował, że może nas gdzieś podwieźć. Nie pamiętam, czy inicjatywa wyszła od niego czy od naszej Białorusinki. W każdym razie zawiózł nas wszystkie 4 do centrum Mińska, tuż obok miejsca, gdzie miałyśmy spać. Nie wiem, czy wcześniej zauważył, że jesteśmy z Polski, czy dopiero wtedy. Na szczęście ciężar rozmowy wzięła na siebie Białorusinka. Oboje pokazali nam trochę miasto, mówili obok czego przejeżdżamy.

Na miejscu się pożegnaliśmy i wszyscy poszli w swoją stronę. Zrobiłyśmy dobry uczynek i na szczęście wszystko się powiodło zgodnie z planem. Gdyby nie było go na tym dworcu, nie wiem, co miałabym zrobić z tymi dokumentami, bo później wyjeżdżałam na podmińską wieś. Wprawdzie nie wywiązali się z umowy, bo nic nam nie zapłacili, nie wiem czy celowo, czy z roztargnienia, ale i tak niepotrzebnie proponowali. Bo pierwsze mogłabym to zrobić zupełnie za darmo, tak jak kiedyś w Polsce. A po drugie znając sytuację na Białorusi i te ich dziwne ruble, byłoby mi nawet głupio brać od jakieś pieniądze. Wychodzę z założenia, że trzeba sobie pomagać, sama niejednokrotnie skorzystałam z czyjejś życzliwości i pewnie jeszcze nie raz będzie mi dane z niej skorzystać. Wystarczy choćby wspomnieć podwózkę do centrum przez tego chłopaka i niesamowitą gościnność naszej gospodyni, która nas w Mińsku przenocowała i nakarmiła, chociaż byłyśmy dla niej trójką obcych dziewczyn, jedynie znajomymi znajomych. A podobnych sytuacji miałam już w życiu o wiele więcej. Nawet jedną z inspiracji do powstania tego bloga była chęć odwdzięczenia się wszystkim tym, którzy jakoś mi pomogli w podróży.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Warszawa Gdańska

Jadąc do Białegostoku dowiedziałam się, że obecnie na Warszawie Centralnej trwa remont i część pociągów zatrzymuje się na innej stacji, a dokładniej na Warszawie Gdańskiej. Nigdy wcześniej tam nie byłam, więc miałam okazję poznać kolejny dworzec, poza Wschodnim i Zachodnim, na których już się kiedyś przesiadałam.
Byłam tam z samego rana, było sporo osób, które dojeżdżały do pracy.
Całkiem spora grupa czekała też na ten sam pociąg, co ja.
Do odjazdu miałam prawie godzinę, więc poszłam do kasy dokupić bilet, bo u konduktora mogłam kupić go tylko na część trasy. Przy okazji zwiedziłam dworzec i dowiedziałam się, że znajduje się on tuż koło stacji metra Dworzec Gdański. Nie znam Warszawy, więc trudno mi zlokalizować tę stację na mapie, ale może kiedyś mi się ta informacja do czegoś przyda.
Budynek dworca jest niewielki. Wygląda niezbyt ładnie, powstał chyba za komuny i cały jest obklejony reklamami.
Trochę lepiej wygląda z góry, ale zdecydowanie Warszawa Gdańska nie jest najładniejszym dworcem, jaki w życiu widziałam.
Dookoła stacji stoją nowe wieżowce.
Nie lubię warszawskich dworców, są dla mnie zbyt chaotyczne, zawsze się tam gubię. Nie rozumiem oznakowania peronów, bo jakim cudem przy torze np. nr 3 może znajdować się tor nr 23? Nie mam pojęcia, skąd się wzięła taka dziwna numeracja i nie pamiętam, na którym dworcu jest, ale na pewno na którymś z warszawskich, albo może i na wszystkich. Jedyny sensowny układ to taki jak np. na wrocławskich dworcu, czyli przy peronie 1 są tory 1 i 2, przy peronie 2 tory 3 i 4 itd. Wszystko idzie po kolei zgodnie z logiką. A Warszawa tworzy jakieś dziwactwa. Ciekawa jestem, skąd się to w ogóle wzięło, czy kiedyś rzeczywiście mieli tyle torów? Zagadka do rozwiązania.
Jeśli ktoś przyzwyczaił się do wysiadania na Warszawie Centralnej, powinien przygotować się na to, że tymczasowo będzie musiał zapoznać się bliżej z Warszawą Gdańską. Na szczęście stacja jest niewielka, ja dość szybko się połapałam co, gdzie i jak, więc wydaje mi się, że ta zmiana nie będzie tworzyć wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że w widocznych miejscach stoją osoby w pomarańczowych kurtkach, które służą informacją na temat zmian w ruchu kolejowym i pomagają podróżnym się odnaleźć w nowej sytuacji.

sobota, 23 listopada 2013

Nocleg u białoruskiego małżeństwa

Brałam ostatnio udział w festiwalu kultury białoruskiej i przypomniała mi się przy okazji historia z Białorusinami związana.

Zdarza mi się czasem kupić tanie bilety i jechać na drugi koniec Polski bez większego celu, tak po prostu, pozwiedzać. W zeszłym roku w zimie, to był chyba początek grudnia, pojechałam w ten sposób do Warszawy. Autobus miałam chyba w piątek rano i wracać miałam w sobotę popołudniu. Nie wykupiłam żadnego noclegu, bo uznałam, że nie ma sensu, skoro jadę na tak krótko. Planowałam przez cały czas spacerować i robić zdjęcia. Ewentualnie schować się w jakiejś knajpie albo centrum handlowym, gdybym się zmęczyła lub było mi zimno.

Zupełnie przypadkowo i niespodziewanie spotkałam w tym autobusie koleżankę. Nie miałam pojęcia, że też wybiera się w tym czasie do Warszawy. Okazało się, że jedzie odwiedzić znajomych. Dodam jeszcze, że ta koleżanka jest Rosjanką, a jej znajomi to małżeństwo Białorusinów, mniej więcej w moim i jej wieku.

Podróż mijała nam całkiem przyjemnie, miałyśmy o czym rozmawiać. W międzyczasie pojawiło się pytanie o to, po co jadę do Warszawy i gdzie będę spać. Przyznałam się, że jadę turystycznie, głównie żeby znaleźć miejsca związane z esperantem, a żadnego noclegu nie rezerwowałam, bo i tak bardzo krótko będę w stolicy, więc zamierzam ten czas maksymalnie wykorzystać.

Koleżanka uznała, że jestem szalona. Kiedy się rozstawałyśmy na dworcu, zaproponowała, że mogę iść z nią i nocować u jej znajomych Białorusinów. Odmówiłam, to byli dla mnie zupełnie obcy ludzie i nie chciałam nadużywać ich gościnności. Jak to się czasem mówi kolokwialnie, nie lubię wbijać się do kogoś na krzywy ryj, do tego bez zapowiedzi. Pożegnałam się i ruszyłam w stronę centrum.

Do wieczora spacerowałam i robiłam zdjęcia. W pewnym momencie trochę zgłodniałam i postanowiłam iść do jakiejś knajpy na obiad. Nie znam Warszawy zbyt dobrze, byłam akurat na Krakowskim Przedmieściu, wstąpiłam do pierwszego lepszego miejsca, w którym nie odstraszały ceny. Właśnie spożywałam zamówione gołąbki, kiedy zadzwoniła do mnie ta koleżanka z autobusu. Myślałam, że może czegoś zapomniała albo coś się stało. Okazało się jednak, że nie mogła sobie wyobrazić, jak spędzę tę noc, porozmawiała ze swoimi znajomymi i serdecznie mnie zapraszają do siebie. W dalszym ciągu miałam opory, ale stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia, jeśli będę mogła, to po prostu później się jakoś im odwdzięczę.

Musiałam jednak jakoś najpierw do nich dojechać. Najłatwiej było wsiąść do autobusu z napisem Esperanto i jechać do samego końca, do przystanku właśnie o nazwie Esperanto. Uznałam to za znak i już wiedziałam, że ten wieczór nie może źle się skończyć:)

Na miejscu czekała na mnie kolacja, którą ledwo zmieściłam, bo byłam przecież tuż po obiedzie. Później graliśmy w Sabotażystę, gdzie krasnoludki próbują zdobyć skarb, a tytułowy sabotażysta ma im w tym przeszkodzić. Pierwszy raz zetknęłam się z tą grą właśnie u nich. Rozmawialiśmy do wieczora, popijając piwo. Dowiedziałam się co nieco o Białorusi, oni wypytywali o moje plany podróżnicze. Przeprowadzili się z Mińska do Warszawy, ponieważ u siebie w kraju nie mogli kupić mieszkania. Tam nie można tak po prostu kupić sobie mieszkania. Ani za gotówkę, ani za kredyt. Trzeba odczekać ileś tam lat w kolejce albo mieć układy. W trakcie wieczoru zdążyłam też zaprzyjaźnić się z ich energicznym czarnym terierem, którego imienia już niestety nie pamiętam.

Rano udałam się na Muranów, gdzie chciałam zobaczyć esperancki mural. Niestety nie mogłam iść na grób Zamenhofa, bo była akurat sobota i cmentarz żydowski był zamknięty. Na pożegnanie dostałam jeszcze od moich nowych znajomych torbę z białoruskimi cukierkami (jego mama pracowała w fabryce słodyczy), przez co było mi zupełnie głupio, bo nie miałam jak się odwdzięczyć. Mogłam tylko z całego serca podziękować za tę niezwykłą gościnność i miło spędzony czas.

To było jedno z najdziwniejszych spotkań jakie miałam, to byli chyba pierwsi Białorusini, jakich w życiu poznałam i jeszcze w dodatku wpakowałam im się na nocleg. I chociaż ja znam mniej więcej rosyjski, była ze mną też ta koleżanka Rosjanka, więc dość naturalna byłaby rozmowa po rosyjsku, to oni specjalnie dla mnie starali się mówić po polsku, bo im szło to znacznie łatwiej i lepiej niż mi dukanie po rosyjsku. To był dla mnie wyjątkowy wieczór i na pewno będę pamiętać go do końca życia. Takiej życzliwości się nie zapomina. 

czwartek, 1 listopada 2012

Do Wilna przez Mińsk!:)

Wczoraj jechałam do Wilna. Jechałam, ale nie dojechałam. A wszystko dzięki polskim kolejom. 

Z dworca Warszawa Zachodnia miałam mieć wczoraj o 6:20 autobus. Już na początku października kupiłam bilety w obie strony przez internet. Ale jakoś do tej Warszawy musiałam się dostać. Sprawdziłam pociągi i nastawiłam się na pociąg o 16, którym byłabym w Warszawie ok. 23 i miałabym całą noc czekania na dworcu. Przyznaję, że w ostatniej chwili (czyli dzień przed odjazdem) postanowiłam sprawdzić jeszcze autobusy, znalazłam taki o 21, który by pasował, ale nie było już miejsc. Został mi więc jedynie pociąg, ale zdecydowałam pojechać "skrótem" przez Kraków, żeby nie koczować całą noc na warszawskim dworcu, na którym miałam już przejścia jakiś czas temu, wracając z Wilna (Krwawiący Ukrainiec w Warszawie). 

Z Wrocławia wyruszyłam pociągiem "Wyspiański" do Krakowa. Tam miałam godzinę, żeby okrążyć dworzec, bo niestety prawie wszystko o tej porze było już pozamykane (było po 23). Z Krakowa pociągiem "Monciak-Krupówki" (do Gdyni) miałam dotrzeć do Warszawy Zachodniej o 4:53. Choć było jeszcze późniejsze połączenie (byłabym wtedy ok. 6 rano w Warszawie) wybrałam ten pociąg, bo założyłam, że na pewno się spóźni. Nieszczęsna, nie przewidziałam jednak, że prawie półtorej godziny zapasu, może nie wystaczyć. Podróż mijała znośnie, przedział był pełny, ale wszyscy starali się jakoś przespać. 
W Skarżysku-Kamiennej postój zaczął się przedłużać. Staliśmy już kilkanaście minut i nikt nie wiedział dlaczego. Gdy minęło pół godziny, a my nadal nie ruszyliśmy z miejsca, część pasażerów zaczęła głośno wyrażać swoje niezadowolenie, tj. kląc ile wlezie:) Po godzinie jeden chłopak z naszego przedziału próbował dodzwonić się na infolinię kolejową, aby dowiedzieć się, co się stało, bo nikt z obsługi pociągu nie przyszedł nas poinformować. Chyba niewiele więcej się dowiedział. Czekaliśmy dalej, nie znając przyczyny opóźnienia, ani nie wiedząc ile jeszcze może to potrwać. Widzieliśmy tylko, jak mijają nas wszystkie inne pociągi, w tym towarowe. Pozwalało to przypuszczać, że problem nie leży raczej w przejezdności trasy, ale prawdopodobnie w samym pociągu. Usłyszeliśmy tylko głos naśladujący ogłoszenia nadawane przez konduktorów, że uprasza się wszystkich pasażerów, aby wysiedli i zaczęli pchać pociag:) Dodam tylko, że było już po 3 w nocy, ale jak widać niektórym dopisywał humor:) 

Po dwóch godzinach łaskawie zjawił się pan konduktor, aby poinformować nas, że nie ruszymy raczej przed godziną 7, a obok stoi pociąg do Otwocka, na który chętni mogą się przesiąść. Dotyczyło to przede wszystkim zmierzających do Warszawy, bo tym jadącym do Gdyni niewiele taka przesiadka mogła pomóc. Nie mając nic do stracenia, przesiadłam się na ten pociąg do Otwocka. Miałam jeszcze nadzieję, że zdążę na ten autobus o 6:20 do Wilna. Niestety był to zwykły osobowy, który zatrzymywał się na każdej stacji, więc okazało się, że będę w Warszawie Zachodniej dopiero po godzinie 7. W dodatku z każdą stacją wsiadało coraz więcej podróżnych, tak że przed samą Warszawą ludzie stali już w korytarzach i między siedzeniami, stłoczeni do granic możliwości. 

Na dworcu w Warszawie Zachodniej znalazłam się ok. 7:30, więc nawet miałam już komu pomachać, autobus do Wilna odjechał ponad godzinę temu. Myślałam, że może uda mi się złapać jakiś późniejszy. Pomijając fakt, że nie lubię tego dworca, ciągle kręciłam się od dworca autobusowego do kolejowego, w poszukiwaniu informacji. Kolejny autobus wg rozkładu miał być dopiero o 23. Nie miałam internetu, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma nic wcześniej. Postanowiłam zapytać na kolei, czy nie ma jakiegoś wcześniejszego pociągu i przy okazji dowiedzieć się, jak reklamować te bilety, żeby dostać zwrot pieniędzy. 
Pan z informacji kolejowej zaproponował mi pociąg o 15 do Wilna, ale przez Mińsk. Sam się zorientował po chwili, że przecież potrzebna jest białoruska wiza, więc nie mogę skorzystać z jakże interesującej oferty. Nie było żadnego normalnego pociągu do Wilna. Miałam już dość całonocnej podróży, nie chciałam czekać do 23 na kolejny autobus na Litwę, więc kupiłam bilet powrotny do Wrocławia. 

Wróciłam mniej więcej po 24 godzinach od wyruszenia, przejeżdżając przez wiele polskich miast: Katowice, Zabrze, Kraków, Kielce, Radom, Łódź, Kalisz. Niestety moja podróż nie miała żadnego celu i sensu. W związku z tym od razu po powrocie złożyłam pisemną reklamację, mam nadzieję, że oddadzą mi pieniądze za bilety. Mam też nowe postanowanie noworoczne: zawsze mieć przy sobie białoruską wizę:) A właściwie, to najlepiej mieć od razu również chińską, amerykańską, północnokoreańską, iracką, wietnamską, indyjską. Wiza do Górskiego Karabachu, Arabii Saudyjskiej, Gabonu i Demokratycznej Republiki Konga też się może przydać. Nie znasz dnia, ani godziny:) Kto wie, co może się stać w trakcie podróży.

Po tej podróży pogłębiła się moja niechęć do dworca Warszawa Zachodnia. Jedyne, co mi się spodobało, to napisy nie tylko po polsku i angielsku, ale też po rosyjsku. Pewnie tylko ze względu na Euro, ale dobrze że są.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Krwawiący Ukrainiec w Warszawie

W tamtym roku wracałam z długiego pobytu w Wilnie, cała obładowana bagażem. Do Warszawy dojechałam autobusem z koleżanką, później sama musiałam przesiąść się na pociąg. Było już dość późno, w okolicach północy. Z wielkimi problemami znalazłam dojście na dworzec kolejowy i kupiłam bilet. 

Pociąg miałam dopiero nad ranem. Nie widziałam miejsca, w którym mogłabym spokojnie zaczekać, więc postanowiłam wrócić na dworzec autobusowy, było tam coś w rodzaju poczekalni, gdzie zebrało się już sporo ludzi. Zajęłam wolne miejsce na podłodze, położyłam się na karimacie ze słuchawkami na uszach i tak miałam zamiar przeczekać do rana.

Z niebytu wyrwał mnie głos ochroniarza, który głośno kogoś wyganiał. Zdjęłam słuchawki i okazało się, że do poczekalni przyszedł młody Ukrainiec z rozciętą ręką, szukał pomocy. Prosił ochroniarza, żeby zadzwonił na pogotowie. Ten nie chciał tego zrobić, nie miał nawet apteczki i próbował jak najszybciej pozbyć się tego chłopaka, bo zakrwawił mu całą podłogę. Ukrainiec był pod wpływem alkoholu, ale nie był mocno pijany ani agresywny.  W mieszance polsko-ukraińsko-rosyjskiej wyjaśnił, że skaleczył się przy otwieraniu piwa.

Przypomniało mi się, że mam apteczkę w plecaku, więc długo się nie namyślając, wyjęłam ją i podałam bandaż Ukraińcowi. Ochroniarz pomógł mu zatamować krwawienie przy pomocy mojego bandaża i chusteczki higienicznej. Prowizorycznie opatrzony Ukrainiec odszedł w swoją stronę, a podróżni w poczekalni wrócili do przerwanej drzemki.

Od jakiegoś czasu noszę ze sobą apteczkę, tak na wszelki wypadek, dmuchając na zimne. Nigdy nie myślałam, że mi się przyda. W Warszawie okazało się jednak, że warto być przygotowanym na różne sytuacje.